Siadamy na sofie. Włada zdejmuje otwarte pudło, w którym jeszcze przed chwilą siedział kot. Łukasz tłumaczy: „To jest historia związana z Wintydż Szopem. Włada zaczęła kupować pudła do wysyłki, dbała o to, żeby paczki były ładne, do środka wkładała papier i w ogóle. Kota to bardzo zainteresowało. I kiedyś Włada mówi: − wiesz co, kot leży w pudle. I tak został. Kontroluje każdą paczkę, która wychodzi od nas”.
Wywiad z Władą Wiernikowską i Łukaszem Adamowiczem z Wintydż Szopu

Jesteś kociarą, Włada?
Włada: Bardzo jestem kociarą. Niestety nie miałam swojego kota, ale dostałam tego w zestawie.
Łukasz dopowiada: Cały podryw opierał się na kocie. To było niecałe 3 lata temu, spotykaliśmy się głównie na mieście, oczywiście rozmowy dotyczyły kota bardzo często. No i zaprosiłem Władę na głaskanie.
Włada: Teraz sprzątam kuwetę, a przyszłam tylko pogłaskać kota.
Łukasz: I na 60. urodziny mojej mamy nagle musisz jechać. Także to kot; to wina kota.

Do Poznania przeprowadziliście się niedawno. W jaki sposób to miasto pojawiło się na Waszej mapie?
Łukasz: To nie jest jakaś romantyczna historia, wręcz powiedziałbym przyziemna. Straciłem pracę pod koniec stycznia tego roku. Jestem kinooperatorem, a to wąska specjalizacja i nie ma zbyt wiele ofert. Chciałem z tym skończyć i już prawie zostałem kierowcą autobusu w Krakowie, ale pewnego dnia Włada podesłała mi ogłoszenie o pracy w Kinie Muza w Poznaniu. Wysłałem CV, a potem zacząłem się zastanawiać: co, jeśli odpowiedzą? Zadałem to pytanie Władzie, a ona od razu, bez wahania, powiedziała: „Przeprowadzimy się do Poznania!”. Potem zaproszono mnie na rozmowę, a po godzinie, jeszcze nie zdążyłem wsiąść do pociągu, dostałem telefon, że mnie biorą i czy ja faktycznie się przeprowadzam i czy ja w to wchodzę? I tak od połowy kwietnia już pracuję w Kinie Muza w Poznaniu. Włada została dłużej i pakowała nasze rzeczy. A to były ogromne ilości książek, płyt i innych przedmiotów…

Jesteś typem zbieracza?
Łukasz: Niestety tak.
Wtrąca się Włada: Pudeł mieliśmy aż na dwa kursy do Poznania.

Pewnie przez te ciuchy? Skąd vintage w Waszym związku?
Łukasz: To ja wżeniłem się w ten biznes.
Włada: Tak, Wintydż Szop założyłam jakoś w 2018, gdy weszła działalność nierejestrowana. Mam takie białoruskie naleciałości, że staram się, żeby wszystko było według przepisów, regulaminowo. Wcześniej już pracowałam w sklepach vintage w Krakowie. Obserwowałam, jak ktoś zakłada jakiś ciuch i nagle po prostu promienieje. Sama też zaczęłam chodzić po lumpach. Piękne czasy, 2017−2018, kiedy po złotówce można było po prostu kupić góry vintage, wszystko w stanie idealnym, piękne, jedwabie, nie jedwabie. Te czasy już minęły. Ale to super, bo dla wielu osób drugi obieg stał się pierwszym wyborem.
Łukasz:Już nie jest synonimem syfu, zniszczenia, brudu.
Włada: Tak, to jest teraz coś fajnego.

Łukasz: Teraz mi przyszło do głowy, że inaczej było postrzegane chodzenie w ubraniach po kimś z rodziny. Ja na przykład dostawałem dużo ciuchów po kuzynie. To często były ładne ubrania, markowe. Używany ciuch z rodziny, może nawet takiej, której nie znasz był ok, ale co innego w tamtych czasach, kiedy ktoś chodził w czymś z lumpeksu, po kimś.
Włada: No tu nasza grupa, a tamto już nie nasze plemię – śmieje się Włada.
Dla mnie jako bardzo zbuntowanej nastolatki chodzenie w ubraniach po mamie to był taki protest, nastoletni bunt. Moi rodzice zachłysnęli się nowością. Za czasów ich młodości nic nie było dla nich dostępne, można było tylko szyć albo dostać coś po kimś, nie było żadnego wyboru. Jak się pojawiły sieciówki, to moich rodziców totalnie pochłonęły. Mówiłam „nie chcę Waszych ciuchów z sieciówek, nie chcę z Wami chodzić po sklepach, wolę kurtkę mamy z lat 80.!”. Mama nie była zachwycona, ja wręcz przeciwnie. Do tej pory nawet mam parę jej starych ubrań, tyle że ich nie noszę, bo to dla mnie już pamiątka rodzinna niemalże.

Łukasz: Mamy taką specjalną szufladę, w której przechowujemy te ubrania.
Włada: Mama chciała, żebym je sprzedała. A ja nie chciałam, bo mam do nich sentyment.
Byłoby mi przykro nie mieć ich w swoim życiu.
Choć mam takie podejście, że jak czegoś nie noszę, to nie kiszę tego w szafie; jak coś jest bardzo piękne, ale nie jest dla mnie, to wręcz przeciwnie, będę się starała, żeby ta rzecz dostała swoje drugie życie, była noszona, lubiana, podziwiana.

Jak rozkręcałaś Wintydż Szop?
Włada: Przez internet, głównie w grupach na Facebooku i Instagramie. Przez jakiś czas miałam też sklep internetowy. To był rok 2020, akurat zaczęła się pandemia, a ja otworzyłam sklep.

To chyba dobrze, bo właśnie wtedy ludzie zaczęli masowo kupować w internecie?
Włada: Tak, tak, ale szybko mi się wszystko wyprzedało, a sklepy były zamknięte. Zbyt duży sukces! A poza tym nie miałam czasu, żeby prowadzić ten sklep, bo jeszcze studiowałam dziennie, pracowałam i za dużo już wszystkiego było. Witrynę zamknęłam i zaczęłam sprzedawać na Vinted i teraz to głównie tam sprzedaję. Łukasz doszedł dwa lata temu.

I jak na to zareagowałeś, Łukasz? O matko nie, ciuchy, vintage?
Łukasz: Nie, wydaje mi się, że ten związek mógłby się nie udać, jakby była taka rozbieżność.

Czyli vintage jest ważny dla Was obojga?
Łukasz: Zawsze lubiłem chodzić po lumpeksach, szczególnie jak pojawiły się u mnie w miejscowości, bo nie mieliśmy sieciówek, gdy dorastałem, czyli w latach 2000. Jak pojawiła się pierwsza, a byłem już wtedy nastolatkiem, to najbardziej zapamiętałem z niej to, że były tam pierwsze ruchome schody w Puławach i spędziłem przynajmniej godzinę, jeżdżąc w górę i dół.
Mam raczej to doświadczenie, które dzielę z Władą, że ubrania kupowało się głównie na targowisku. Pamiętam przymierzanie ciuchów na podmokłych kartonach. Mi się te ubrania często bardzo nie podobały albo inaczej, może miałem po prostu rozbieżne wizje tego, co chcę nosić, a tego, co moja mama chce, żebym nosił.
Jak pojawiły się lumpeksy, to dla mnie to było coś nowego, takie odkrycie. Pamiętam, że jak polecieliśmy do Irlandii do mojej cioci to główną atrakcją były dla mnie lumpeksy, bo tam były też różne bibeloty, płyty CD, na przykład za funta, jakiegoś ulubionego artysty. Dla mnie to było otwarcie na Zachód, ciuchy były jakieś inne, ciekawsze, nie jak te z targowiska. A rodzice mieli raczej pejoratywne nastawienie. Mówili: „co Ty nakupiłeś znowu?”.
Tyle że czasem kupowałem na potęgę. To Włada zmieniła mój sposób patrzenia. Wcześniej to była nieświadoma fascynacja, lubiłem to szukanie rzeczy unikatowych, mniej było w tym ideologii i myślenia vintage.

Jak się dzielicie rolami, odkąd Wintydż Szop jest już Waszym wspólnym dziełem?
Łukasz: Staramy się razem chodzić po lumpeksach, razem jeździć na targi, dzielić się obowiązkami, ale to – muszę powiedzieć – Włada robi więcej. Ona się do tego nie przyzna, bo jest za skromna.
Ale od początku mieliśmy ideę, żeby się wzajemnie motywować do działania. [Łukasz zwraca się do Włady] Jak zaczynaliśmy się spotykać, to Ty to robiłaś, ale na taką może nie mikroskalę, ale taką mniejszą skalę, prawda?
Włada: No tak. Nawet jak wychodziłam do lumpeksów, to za bardzo nic nie kupowałam. A teraz na nowo poczułam do tego zapał.

A czego szukasz i gdzie?
Włada: Przeważnie w lumpeksach. Ja ogólnie jestem bardzo wybredna. Zawsze u mnie jest szereg wymagań. I jak coś jest na przykład megaładne, ale jest z poliestru, to najczęściej dziękuję temu ciuchowi, ale życzę mu, żeby trafił jeszcze w dobre ręce.
Zwracam uwagę na skład. Jak coś jest z jedwabiu to ma już duży plus u mnie, bo bardzo lubię ten materiał. I na stan również zwracam uwagę. Czasem coś biorę w takim gorszym stanie, bo po prostu wierzę, że będę umiała się tym zaopiekować. Niezliczone ilości ubrań przywróciłam do obiegu przez to, że zwyczajnie przeszyłam guziki, wymieniłam poduszki albo zaniosłam do pralni chemicznej. To naprawdę nie jest taki duży wysiłek pójść do pasmanterii, kupić ładne guziki, dopasowane do dziurek i przyszyć. Nagle ta rzecz znajduje nową właścicielkę i pewnie będzie służyła jeszcze kolejne dekady. I to jest taka mała rzecz, ale mnie zawsze mega cieszy, jak da się niewielkim nakładem sił przywrócić coś do obiegu.
Czasem coś wymaga większych umiejętności, działań, których sama się nie podejmę, żeby nie spartaczyć. Wtedy zanoszę ubranie do krawcowej. Tutaj mamy nawet pod samym domem taki zakład. W Krakowie było podobnie. Zaprzyjaźniona krawcowa zawsze mówiła: „Kurde, znowu tu z tymi dziurami mi przychodzisz!”.

Łukasz: Dużo rzeczy naprawiamy.
Włada: Tak samo jest z plamami, niektóre mi się uda samej wywabić nawet łagodnymi środkami, a niektóre są nieusuwalne, ale wtedy myślę „kurczę, to ma plamę, ale ta tkanina jest tak cudowna, ktoś będzie przeglądał Vinted albo Facebooka, zobaczy ten print, będzie miał na to pomysł, więc kupi i sobie po prostu przerobi”. I takie rzeczy też biorę, bo wiem, że one trafią w dobre ręce. Czasem ktoś na przykład szuka sukienki w kwiaty, w dowolnym rozmiarze, bo i tak będzie przerabiał pod siebie.

Nie kusi Cię czasem, żeby rzeczy, które kupujesz pod sprzedaż, zostawić dla siebie?
Włada: Wiesz co, pracowałam w vintage shopach przez jakieś 4 lata, przewinęło się wtedy przez moje ręce wiele perełek, a ja zostawiałam w miejscu pracy co najmniej połowę swojej wypłaty. Większość z tych rzeczy noszę do tej pory – są niezniszczalne. Teraz przez dłuższy czas pracowałam zdalnie i przeważnie chodziłam w takich rozciągniętych koszulkach po Łukaszu. Mniej wychodziłam, to też nie potrzebowałam tak dużo ubrań i miałam tak, że: „kurczę to jest piękne, ale gdzie ja to założę?”.
Jak mi napisałaś, że będziesz nas pytać o nasze ulubione ubrania, to pomyślałam, że mam tylko ulubione ubrania, nie mam zapychaczy w szafie, że sobie coś wisi, a ja tego nie noszę. Każda rzecz jest ulubiona i jak coś mi tam zaczyna w niej nie pasować, to idzie dalej w świat.
A jak kupuję to myślę często o innych, że na przykład jakaś niebieskooka blondynka będzie w tym tak pięknie wyglądała! Mamy też dużo stałych klientek i czasem przeglądając ubrania sobie przypomnę, że pani na Facebooku wysłała mi zdjęcie, że ma takie piękne skrzypce i chciałaby mieć do nich odpowiedni strój. I ja biorę dla niej sukienkę, która mi wpadła w oko i się odzywam, że znalazłam coś idealnie do pani skrzypiec.

Joanna: Jaka idei stoi za Wintydż Szopem?
Włada: Bardzo dużo mogłabym pod to podpiąć, chociażby to, że przeraża mnie ilość śmieci, którą produkujemy, zwłaszcza tych tekstylnych, bo to naprawdę są ultrazbędne śmieci i ta ilość jest po prostu szokująca. Też jest tak, jeśli chodzi o odzież używaną, że gdy się kończy ten tydzień sprzedaży i jest wymiana towaru, to nie do końca wiadomo, co się dzieje później z tymi ciuchami. I często mam tak, że po prostu widzę jakąś perełkę vintage i nie zostawię jej w sklepie, bo nie wiem, czy ktoś później po mnie jeszcze ją kupi, czy wyląduje gdzieś nie wiadomo, gdzie, w jakiejś spalarni śmieci albo na jakimś nielegalnym wysypisku. Szkoda tych pięknych ubrań.
Mam też coś takiego bardzo indywidualnego, że ja lubię po prostu przeglądać i selekcjonować różne rzeczy i to nie tylko ubrania, ale też muszelki, kamyczki; z wyjazdów przywożę różne kolekcje takich drobnych przedmiotów, jak bilety na metro, do kina.
Może tego nie widać, ale chyba obydwoje jesteśmy typem zbieraczy. Tyle że ja zbieram drobne przedmioty, a Łukasz idzie w te większe.

Łukasz: Włada zawsze się śmieje, że ona mogłaby wszystkie swoje rzeczy spakować w dwie walizki, a ja bym miał tych walizek piętnaście, czy więcej może nawet.
Włada: Ale czasem mi wystarczy oglądanie. Nie mam takiego przymusu, żeby koniecznie coś kupić, łatwiej mi dla kogoś coś kupić. Na przykład bardzo lubię stare pocztówki, ale nie potrzebuję stosów pocztówek w domu, więc wszystkie podpisuję i dodaję do paczuszek. Jak teraz mam te z „Vogue’a” to staram się dobrać taką, żeby pasowała klimatem do ubrania, które wysyłam. Dużo osób dziękuje, pisze mi, że ta moja pocztówka idealnie trafia w gust, ktoś nawet sobie taką zalaminował i używa jako zakładki do książki.
Jak ktoś coś takiego pisze, to ja mam motywację do działania i po prostu chce mi się więcej szperać, więcej fajnych rzeczy dla ludzi znajdować.

A czego inni szukają w rzeczach, które dla nich znajdujecie?
Włada: Ludzie czasem do nas przychodzą i pytają, skąd jest to ubranie. Często nie znamy dokładnej historii ubrania, ale czasem opowiadamy własne historie, że to jest z Tallina, a to znaleźliśmy we Włoszech. Na początku Wintydż Szopa, jak miałam jeszcze stronę, to każda rzecz, którą wystawiałam, miała swoją zmyśloną historię. Opisywałam, że ta sukienka jest do założenia w teatrze, a tamta spódnica zapewne była często zakładana na dyskoteki albo coś w tym stylu.
Teraz brakuje mi trochę na to czasu, ale jak znajdę coś w kieszeni, na przykład bilet do teatru z 1999 roku, to robię zdjęcie z tym znaleziskiem i je dołączam do paczki z informacją, że ta marynarka była w teatrze na takim i takim przedstawieniu, a teraz jej historia może się toczyć dalej.

Łukasz: Kiedyś w Puławach na manekinie wisiał taki żakiecik od Jean-Paula Gaultiera. Zastanawialiśmy się, czy jest faktycznie oryginalny czy nie. W środku miał taki jakby bilecik.
Włada: Pomyślałam, że może to jest oznaczenie z wzorcowni, czyli sam projektant go dotykał, patrzył czy rękawy nie za krótkie. Szperałam w internecie, pytałam, ktoś podpowiedział, że to może być prawda.
Łukasz: Historia może nie do końca potwierdzona, nie mamy na to twardych dowodów, ale generalnie chcemy wierzyć, że mogło tak być. Projektant mógł dotykać ten żakiecik, a on potem trafił jakimś cudem do Puław.

Polubcie Wintydź Szop na Instagramie: @wintydzszop