Wywiad z Gosią Kuzdrą, masażystką i saunamasterką w @tigertouch_gosiakuzdra, kinomanką i twórczynią kanału @cinemap_gosiakuzdra na Instagramie
Gdybyś miała się określić w trzech słowach, to jakie to byłyby słowa?
Kobieta, matka, wielozadaniowa.

Rozwińmy to po kolei.
Bycie kobietą jest podstawą mojego doświadczenia życia i wpływa na wiele rzeczy. Z jednej strony mam poczucie, że jako kobieta mam dostęp do bardzo różnorodnych jakości, takich jak: delikatność, czułość, moc, sprawczość. Z drugiej – spotykają mnie konsekwencje tego, że żyjemy w patriarchacie. To było moim polem walki chociażby w ramach działalności Festiwalu No Women No Art, ale też potrzeby, żeby wspierać kobiety, żeby je chronić, jeśli same nie znajdują do tego mocy.

A drugie słowo, które wybrałaś: matka. Czy to się wiąże z tym pierwszym?
Absolutnie nie jest to dla mnie równoważne – bardzo kibicuję wszystkim kobietom, które postanowiły nie iść tą drogą. Ale tak, mam dwie córki i kobiecość jest bardzo obecna w naszym domu. Ma różne przejawy i różne style. Emocjonalnie i czasowo bycie matką to jest ta rola, która mnie bardzo pochłania i jest wysoko w priorytetach.

A wielozadaniowość? Wspomniałaś o No Women No Art.
Tak, to projekt sprzed dwudziestu lat: interdyscyplinarny festiwal twórczości kobiet. Chciałyśmy stworzyć przestrzeń, platformę, w której kobiety, artystki mogły być reprezentowane. I to już było bardzo rewolucyjne. Co więcej, obawiam się, że dwie dekady później takie podejście może nadal być kontrowersyjne dla niektórych.
Wielozadaniowość, pomijając tę domową – bo uważam, że kobieta i matka już ma w CV wiele specjalizacji do wpisania – przez wiele lat realizowałam w kinie. Najpierw jako kierowniczka Kina Muza, potem jako dystrybutorka filmów. W międzyczasie zaczęłam uczyć się masażu i ta nowa dziedzina była tak pociągająca, że chciałam zrobić dla niej więcej miejsca. Siedem lat temu rzuciłam biurko.

I zajęłaś się masażem?
Tak i ten freelance trwa do dzisiaj. Najpierw zajęłam się masażem tajskim, którego uczyłam się w Polsce i Tajlandii, potem doszedł masaż liftingujący twarzy kobido.
Po jakimś czasie okazało się, że jest potrzeba, żebym kobido uczyła inne osoby. Dzielenie się doświadczeniem dotyku ma dla mnie dużą wartość, mam poczucie, że to jest moja misja. Robię warsztaty dotykowe i masażowe dla rodziców z dziećmi, dla par i duetów osób dorosłych.
W międzyczasie pojechałam na Lofoty jako pani od masaży na wyjazd jogowy. Wtedy zakochałam się w saunie. Wróciłam tam po dwóch latach już ze zrobionymi kursami saunamasterskimi. Najbardziej lubię saunowanie w dzikim, leśnym stylu.

Kiedy mówisz o saunowaniu i dzikiej saunie, przychodzi mi na myśl film „Siostrzeństwo świętej sauny”. Czy dobrze odczytuję, że ten pierwiastek kobiecości łączy to, co robiłaś wcześniej, z tym, czym teraz się zajmujesz?
Dla mnie spotkanie z leśnym saunowaniem podczas kursu w Dzikiej Saunie pod Kielcami było bardzo cennym doświadczeniem swobody ze swoim ciałem i z nagością. Z tym, że nasze ciała nie muszą być seksualizowane na każdym kroku, nawet jeśli tam w tej malutkiej saunie upchnięta jest mieszana grupa osób. Teraz jednak najczęściej robię ceremonie dla grup kobiet na wyjazdach jogowych. I to jest dla mnie sacrum – tu chodzi nie o jakiś show, lecz o oswajanie tego doświadczenia, o bycie w tym w zgodzie ze sobą, ale też razem, z innymi kobietami.
Najpierw rozmawiam z osobami, z którymi mam prowadzić sesję: o tym, jaki mają stosunek do sauny, jakie mają doświadczenia. I one często są albo neutralne, albo wręcz nastawione negatywnie.
Kobiety często mówią: „Byłam w takim dużym saunarium i faceci ciągle się na mnie gapili” albo „Ktoś mnie zaczepiał i to było strasznie nieprzyjemne”. Wtedy zachęcam, żeby jednak spróbować. Bardzo się wzruszam, gdy potem osoba z przykrymi doświadczeniami najdłużej w tej saunie siedzi i mówi: „O Boże, co ja tutaj przeżyłam!”. Bardzo się cieszę, że mogę wspierać kobiety w otwieraniu się na swobodę i wolność bycia.

A czy z kinem jeszcze cokolwiek Cię łączy? Oprócz tego, że pewnie oglądasz filmy.
Tak, chociaż już nie oglądam 150 rocznie w kinie. Kiedyś to liczyłam, ale ten fokus obsesyjno-kompulsywny na szczęście porzuciłam [śmiech].
Wróciłam do kina w ostatnich latach. Z jednej strony za sprawą Fundacji Migrant Info Point, z którą zainicjowałam seanse integracyjne – projekcje polskich filmów z angielskimi napisami Watch & Talk. Oprócz okazji do obejrzenia filmu tworzymy okazję do rozmowy, do interakcji, do tego, żeby się poznać. Potem zaczęłam organizować seanse po hiszpańsku dla hispanojęzycznej społeczności w Jarocinie i Poznaniu*. Poza tym często prowadzę spotkania z reżyserkami i twórczyniami – w Poznaniu, Koninie i innych wielkopolskich miejscowościach. Wróciłam też ostatnio do edukacji filmowej: rozmawiam z uczniami w kinie na tematy z zakresu psychoedukacji, edukacji obywatelskiej, zmian klimatu. Jestem tą panią z zewnątrz, która czasem może powiedzieć coś nieco mniej wychowawczego czy poprawnego, na przykład że możesz odmówić cioci, która chce cię wycałować na powitanie albo że mamy prawo się bać różnych sytuacji i każda emocja jest nam do czegoś potrzebna.

Kino, festiwal, sauna, masaże – to wiele różnych obszarów. Czy uważasz, że Twoim życiem rządzi przypadek, czy raczej jest to wynik Twoich decyzji, poszukiwań, rozwoju?
Raczej to drugie, choć połączone z jakiegoś rodzaju odwagą, którą uznaję za taki mięsień do trenowania. Podejmowanie nieoczywistych, czasem przewrotnych decyzji to jest coś, co warto trenować i ja to praktykuję. Ale też nie umiem już robić tego, czego robić zupełnie nie chcę. Bycie w zgodzie ze sobą to dla mnie „one way ticket”, ciężko byłoby mi to teraz zawrócić.
Oprócz tego, co jest w mojej mocy i obszarze wpływu, to przytrafia mi się dużo niesamowitych okazji, możliwości i historii. A ja raczej je biorę. Na przykład w zeszłym roku spędziłam miesiąc w Gwatemali na planie filmowym.
Mój przyjaciel, filmowiec Blaise Grisson, który wyjechał do Ameryki Łacińskiej, zaprosił mnie do współpracy przy swoim drugim filmie i w ten sposób zostałam koproducentką „Żywej ziemi” („Tierra Viva”).
To pierwszy w historii polsko-gwatemalski film fabularny. W roli głównej gra Kasia Butowt, modelka i aktorka. W drugoplanowej zobaczymy Ewelinę Flintę, która napisała dwie piosenki do filmu. A do tego cała gama wspaniałych aktorów gwatemalskich w rolach drugoplanowych. To był bardzo intensywny czas, co nie przeszkodziło mi w tym, żeby wpaść parę razy do Paki.

Co to takiego? Nie brzmi najbezpieczniej.
Paka to gwatemalski second hand. Wspaniałe rzeczy sobie tam upolowałam. Byłam w Gwatemali dwa lata wcześniej, więc już wiedziałam, że jadę z walizką niemal pustą, żeby wrócić z pełną.
Są Paki zwykłe i Mega Paka, która ma dwa piętra i miliony ubrań.

Co tam można znaleźć? Lokalną modę czy jednak przede wszystkim marki europejskie?
To głównie jest zrzut ze Stanów Zjednoczonych, ale zdarzają się lokalne perły. Udało mi się na przykład znaleźć bluzę z bardzo grubego materiału, która była sprzedawana na targu jako tamtejsza produkcja. Ktoś z naszej grupy kupił ją za kilkaset złotych, a ja za pięć, oczywiście w Pace.

Dlaczego kupujesz w lumpeksach? Jakie znaczenie ma dla Ciebie ten wybór?
W początkowej fazie to była dla mnie oszczędność.

Kiedy to było?
Jakieś siedemnaście lat temu. Kiedy urodziła się moja pierwsza córka Weronika, nie wyobrażałam sobie, że mogłabym kupować ubrania dziecku, na noszenie ich przez miesiąc, w sklepie. I wtedy pomyślałam, że ciuchlandy to są cudowne miejsca. Dodatkowo swoje początki miał Babi Targ.
Z początku więc było to na pewno podejście ekonomiczne, ale teraz jest dla mnie ważny również aspekt ekologiczny. Dowiedziałam się niedawno, że właśnie Ameryka Łacińska, na przykład Chile, jest śmietnikiem dla ubrań z całego świata.
Ale samo polowanie to też jest fun!
Córki nie miały Ci za złe, że ubierałaś je w second handach?
Nie, wręcz przeciwnie. Moje córki w bardzo naturalny sposób przejęły moje podejście i teraz czasem „ciuchujemy” razem. Wszystkie uważamy, że w ten sposób można sobie znaleźć ciekawszą formę wyrazu ubraniowego.

Na przykład?
Mój radar naturalnie wychwytuje wszystkie kocie wzory.

Zawsze lubiłaś kolory i kocie wzory czy razem z tą przemianą, o której wcześniej opowiadałaś, przyszła też przemiana w szafie?
Siedem lat temu powstał Tiger Touch. Pytałam wtedy przyjaciółek, z czym kojarzy im się mój masaż, i powiedziały, że czują, jakby chodził po nich duży kot. I stąd to zamiłowanie do takich wzorów. Na początku wydawało mi się zabawne, że będę miała koszulkę czy spodnie dresowe „w panterkę”, ale teraz to część mnie. Czasami, kiedy na siebie spojrzę z boku, jak wychodzę z psem rano, to myślę sobie, że będzie wesoło na osiedlu [śmiech].
Jest w tym jakaś nonszalancja tudzież niechlujność. Mam totalny luz na to, żeby mieszać kolory, wzory, żeby to nie miało ładu i składu, dopóki jest mi wygodnie, ciepło, dobrze albo właśnie w tej sekundzie muszę wyjść z psem i tak akurat jestem ubrana.
Zupełnie nie postrzegam siebie jako osoby modowej. Ale ostatnio umówiłam się na kawę z koleżanką. Wyciągnęłam dres po swojej stuletniej babci, a że miałam brudne włosy, to siedziałam w czapce, żeby troszkę mniej obciachu robić koleżance. A ona przyszła i mówi: „Boże, Gośka, ale jesteś wystylizowana, totalna hipsteroza!” [śmiech].
Co chcesz komunikować swoim stylem?
Jeśli moda to jest to, co aktualnie jest w trendach, to na pewno całe życie chciałam być absolutnie nie w trendach. Ubraniami chcę wyrażać siebie, bawić się, żeby było kolorowo i różnorodnie!

* Chcesz wziąć udział w kinowych spotkaniach integracyjnych? Wyszukaj Watch & Talk przy poznańskim Migrant Info Point. Pójdź na polskie filmy z angielskimi napisami i poznaj inne osoby mówiące po angielsku. Jeśli wolisz rozmawiać po hiszpańsku, to wyszukaj Vamos al Cine w Kinie Apollo w Poznaniu lub Sabados en Espanol w Kinie Echo w Jarocinie.



