Wywiad z Anastasiią Hromak, ilustratorką i graficzką

Czy zastanawiasz się, w co ubrać postaci, które ilustrujesz?
Ciekawe pytanie, nigdy się nad tym nie zastanawiałam! Często obraz, o którym myślę, albo postać, którą chcę zilustrować, pojawia się w określonym kontekście. Widzę ją w całości i mniej więcej wiem, w co będzie ubrana. Czasem ubrania postaci odzwierciedlają też mój stan wewnętrzny, a nie tylko historię, którą opowiadam. Jestem obecnie na kursie animacji i zdarza mi się animować postaci, dla których też muszę wymyślić ubrania. One są zazwyczaj kolorowe, bo ja też lubię kolory. Ale ubrania mogą też mówić coś o postaci, opowiadać o jej osobowości, wyrażać to, kim ta postać jest.

To, co mówisz, bardzo współgra z tym, o czym jest nasz projekt „W drugim obiegu”. Zależy nam na tym, aby pokazać, że ubranie to nie tylko kawałek materiału, który na siebie wkładamy czy część nas – to opowieść o nas samych, którą tworzymy na co dzień. Co nam dziś opowiadasz swoimi ubraniami?
Zdecydowanie jestem kolorowym ptakiem. Kiedyś, w wieku szkolnym, nosiłam dużo czerni, taki wiek, dużo osób się ubierało na czarno. Teraz mam tęczę w szafie. A do tego nie boję się łączyć wzorów, jak widać [Nastka wskazuje na siebie]. To jest marynarka mojej babci. Jest albo szyta na zamówienie, albo przywieziona z Niemiec Wschodnich. Babcia wybierała te dwa rodzaje ubrań.

Z których lat może pochodzić ta marynarka?
Pewnie 70. Od babci mam też płaszcz z tamtych lat. Na metce jest „made in Germany”. Dziadek – inżynier – pracował w Niemczech Wschodnich, a babcia do niego jeździła i przywoziła stamtąd dużo rzeczy. Nie tylko ubrań, ale też dywany, naczynia, całe zastawy.

Babcia lubiła modę?
Zdecydowanie! Obie babcie przekazały mi geny modowe, o ile takie istnieją, za co jestem bardzo wdzięczna. Ale ta babcia była charakterystyczną postacią w naszej rodzinie. Choć skończyła chemię, to w duszy była twórczą, artystyczną osobą, tyle że bardziej teatralną i ekspresyjną niż realizującą się poprzez sztukę. Ostatnie lata przed emeryturą pracowała w muzeum jako dozorczyni, a ja do niej przychodziłam, spędzałam tam całe dnie.

Stąd Twój wybór studiów?
Babcie miały duży wkład w moje wychowanie. Podobnie dziadek inżynier. Przekazali mi na pewno wrażliwość i uwagę na to, co mnie inspiruje i ożywia twórczo. Ale to, że zdecydowałam się na ilustrację, to zasługa mojej mamy, która wcześnie zauważyła, że chwytam kredkę i rysuję, i nie jest ważne, że robię to lewą ręką. Nigdy nie próbowała mnie tego oduczyć, mimo że sama miała takie doświadczenie z dzieciństwa. Zawsze byłam otoczona kredkami, kolorowymi papierami, książkami do nauki rysunku, ale też książkami ilustrowanymi, kolorowymi, przywiezionymi z Zachodu.

Skąd te książki z Zachodu w Twoim dzieciństwie?
Ciocia, żona mojego chrzestnego prowadziła lump i to taki naprawdę fajny. Przywoziła rzeczy z zagranicy. Miałam stamtąd nie tylko ciuchy, ale też zabawki i książki właśnie – dziecięce, ilustrowane, pięknie wydane. Wychowywałam się na tych książkach, a to było coś innego niż wschodni rynek ilustracji. Bardziej przypominało to to, co widzę teraz w Polsce.

Po raz pierwszy rozmawiam z kimś, kto miał lumpeks w rodzinie! Lubiłaś tam chodzić?
Lubiłam, bo tam można było wybrać wszystko, co się chciało. Nie musiałam się zastanawiać, ile co kosztuje, bo mieliśmy ceny „dla rodziny”. Ciocia miała wielkie metalowe kosze, w których układała rzeczy, a ja się po prostu w nich zanurzałam. Tam były naprawdę bardzo ładne rzeczy, których wtedy nie było nigdzie indziej.
Moja mama wtedy też zaczynała biznes z ciuchami, ale nowymi, sprowadzonymi głównie z Białorusi, bo rzeczy stamtąd cechowała znacznie wyższa jakość, zarówno jeśli chodzi o tkaniny, jak i o samo rzemiosło szycia. I mimo że miała dostęp do nowych ubrań, to bardzo dużo rzeczy brała z tego lumpeksu, bo choć nie znała się na markach, czuła jakość i styl w tym, co ciocia sprzedawała.
Ten lumpeks miał duży wpływ na mój styl. Stamtąd miałam też zabawki. Dostawałam super lalki z całym workiem ciuchów dla nich w komplecie. Jako jedyna w klasie miałam Barbie. To była Pocahontas, której ktoś ściął włosy na jeża. Bardzo ją polubiłam, wydawała mi się tak stylowa!

Ubierałaś ją?
Tak, nawet szyłam jej ubrania. A potem ustawiałam ją w rzędzie z innymi i robiłam pokazy mody. Mama w młodości lubiła szyć, miała jeszcze jakieś tkaniny, skrawki materiałów, które mi podrzucała. Mogłam na nich eksperymentować. Praca z tkaniną bardzo rozwija wyobraźnię. Chciałabym, żeby w przyszłości, jak będę miała dzieci, one też mogły się tak bawić.

Nadal wychodzisz z lumpeksów z siatami rzeczy?
Wtedy w dzieciństwie to się wiązało chyba z tym, że nie było zbyt dużo fajnych rzeczy, nie było dostępu, sklepów z fast fashion. W moim mieście był tylko targ, na który się chodziło po ubrania. To były inne uczucia, inna skala. Teraz czasami mam potrzebę pójść na zakupy, żeby się odstresować, a czasami znajduję coś, ale nie kupuję. Szukam dla samego fanu, jak wędkarz łapię rybkę, ale ją wypuszczam. Częściej, jak chcę iść po ciuch, to idę świadomie, bo mam konkretną potrzebę, szukam konkretnego ciucha.

Moja mama ma bardzo dużo rzeczy, nie chciałabym mieć ich aż tak dużo. A jednocześnie chcę też podążać za swoim nastrojem, nie za modą, choć mam dużą potrzebę pokazywania siebie przez ubrania.
Niestety moja szafa jest nadal za duża. Najczęściej to weryfikują przeprowadzki. Pamiętam pierwszą, po ośmiu latach mieszkania w jednym miejscu. Byłam przerażona. Stwierdziłam, że nie jestem w stanie fizycznie tego przerobić, przeprać i trzymać w jakimś porządku. Nie chodzi o poczucie winy, tylko o świadomość.
Wojna otworzyła mi oczy. Mama musiała zostawić swój sklep, magazyn z rzeczami, które są na sprzedaż, swoją garderobę, piękną, ogromną, i przyjechać tutaj. Nie miała nic, więc poszliśmy do takiego centrum, gdzie rozdawano ubrania. Mama wybrała po prostu z tego, co było. Wtedy nastąpiło we mnie jakieś takie przewartościowanie tych ubrań, że są tak tymczasowe.
O wiele lżej podchodzę teraz do tego, jak się ubieram. Jak mam potrzebę dzisiaj ładnie wyglądać przy tobie, to się ładnie ubiorę, ale jak jutro się spotkamy gdzieś na ulicy, będę w dresie i będzie mi z tym dobrze. Kiedyś tak nie miałam.
Dużą uwagę przywiązywałam do tego, jak wyglądam, gdy wychodziłam na zewnątrz, mimo że w domu cały dzień chodziłam na przykład w piżamie. Teraz wszystko zależy od mojego stanu i od tego, co chcę pokazać, jak chcę się czuć.

Mama jest nadal w Polsce?
Tak i chyba zamierza zostać. Mam taką nadzieję, bo się tutaj dobrze odnalazła. Studiuje w szkole policealnej masaż i pracuje. To odkrycie dla mamy, że będzie robić masaże zawodowo. Wcześniej miała sklep, uwielbiała go, u siebie była businesswoman.

A Ty, kiedy przyjechałaś do Polski?
W 2014 roku, na studia. Bardzo lubię Poznań i mam tu mnóstwo przyjaciół. To jest takie otwarte, artystyczne miasto. Nie mieszkałam nigdzie indziej dłużej. Myślę jednak, że odnalazłabym się w każdym miejscu, ale Poznań po prostu lubię. Mam też silną potrzebę wracania co jakiś czas i na jakiś czas do Ukrainy. Gdy w zeszłym roku pojechałam odwiedzić rodzinę, to przez dwa tygodnie kilka tysięcy kilometrów przejechałam pociągami. Kontakt z rodziną jest dla mnie ważny, więc myślę, że gdzieś dalej pewnie się nie wyprowadzę, o ile sytuacja życiowa nie będzie tego wymagała. A jak już, to wrócę do Ukrainy.

Rodzina mieszka w Ukrainie?
Tak, jest rozsiana po całej Ukrainie: i na wschodzie, i w Kijowie, i na zachodzie. To bolesny temat.

Wróćmy do przeprowadzek. Czy przy ostatniej zrobiłaś porządki?
Cały czas mam te ciuchy! Posegregowałam je na to, co jest super ładne i co bym chciała na przykład sprzedać albo do czego mam sentyment i chciałabym, żeby trafiło w dobre ręce. Ale choć miałam ambitne plany, to nie udało mi się tego wystawić na Vinted. Przeraża mnie ta logistyka. Za dużo roboty wokół jednego ciucha.
Druga kategoria to takie rzeczy, które mogę wymienić. A trzecia to te, które wydaję do Po:dzielni albo na Facebooku, na grupie „Uwaga! Śmieciarka jedzie”. Lubię w niej to, że tak szybko działa. Miałam plecak, z którym chciałam natychmiast coś zrobić. Wrzuciłam zdjęcie, było kilka komentarzy, wybrałam panią, której komentarz mi się spodobał, napisałam do niej i już parę godzin później ona odebrała swój nowy plecak, a ja byłam szczęśliwa.

Pamiętam Cię jeszcze z Babiego Targu. Byłaś kiedyś stałą wystawczynią!
Tak i chciałabym jeszcze wrócić, bo mam z czym. Ale przez ostatnie dwa lata skupiłam się na nauce i zaniedbałam swoją szafę.
Zmieniłam się, nie tylko mój styl się zmienił, ale też poczucie, czego chcę w życiu. Obcięłam włosy, mam inny rozmiar. Wcześniej miałam M, nawet takie S/M czasami. Teraz mam L, bo przytyłam. I dobrze mi. Ćwiczę i jestem ze sobą w porządku. Nasza waga nie świadczy o naszym wewnętrznym spokoju.
Ale też duża część rzeczy już mi nie odpowiada fizycznie, bo jest za mała.
I tu właśnie jest otwarte pytanie: co z tym robić?

Poznaj prace Anastasii na Instagramie: @jestem_nastka
Umów się do mamy Anastasii na masaż: @lgromak



