Kiedy po raz pierwszy przyszłaś na Babi Targ?
Emocjonalnie byłam na wszystkich, odkąd Dagmara na nich pracowała.
Jeszcze wtedy mieszkała z nami, przywoziła z Babich Targów te skarby i mówiła: „Mamo, najlepsze rzeczy kupuje się, jak już wszyscy się pakują, bo wtedy chcą się ich pozbyć”.
W końcu pojechałam jako sprzedawca na jeden z tych Babich Targów na Międzynarodowych Targach Poznańskich. To były czasy, kiedy przychodziły dzikie tłumy, a ja się w tym dobrze czułam, bo odkąd pamiętam, to lubiłam coś sprzedawać, wymieniać. Kiedy jeździłam z rodzicami do Karpacza, to zamiast na narty chodziłam sprzedawać do sklepu znajomych i byłam w swoim żywiole.
Przed pandemią miałam taki system, że odkładałam zarobione pieniądze i kupowałam za nie euro. Chciałyśmy z Dagmarą polecieć do Portugalii, na Camino de Santiago de Compostela. Miałyśmy już kupione bilety lotnicze na 17 czerwca 2020 roku…

Nie wróciłyście już potem do tego pomysłu?
No nie, pieniądze się rozeszły. Ale jeszcze nie powiedziałyśmy „nie”, tylko teraz na przykład mamy już inny pomysł: że polecimy do Napolu śladem książek Eleny Ferrante.

Drugi obieg rzeczy istniał wcześniej w Twoim życiu?
Nie wiem, czy to drugi obieg, ale mam jeszcze sukienkę uszytą z worka po ryżu.

To były wczesne lata 80., pewnie około 1983 roku. Jeździłam na wakacje do babci do Wągrowca, miałam tam wakacyjną koleżankę, która miała takie fantastyczne pomysły i smykałkę do szycia! Wymyśliła kiedyś, że uszyjemy sobie sukienki. Poprosiłam dziadka o jakiś materiał. Znalazł worki po ryżu z dostaw z USA, a ona to ładnie obszyła. I chodziłyśmy w tym po ulicach, a jej tata, jak nas widział, to przechodził na drugą stronę ulicy.

Chodziłam też po poznańskich lumpeksach i na giełdę na Arenę. To było jeszcze w latach 80. Co tydzień, dwa, a na pewno choć raz w miesiącu odbywały się tam takie imprezy jak Babi Targ. Babeczki wynajmowały stoły i sprzedawały swoje ciuchy.
I tam można było znaleźć perełeczki. Czasem droższe, czasem tańsze, różnie. Pierwszą wyprawkę dla Dagmary kupiłam w Arenie – i nawet taki głęboki wózek. Raz czy dwa miałyśmy też tam swoje stoiska z przyjaciółką.
U babci był komis. Miałam nawyk, że na przykład szłam tam i widziałam piękne szpilki – a ja w ogóle nie noszę szpilek. Ale mówię: „Wezmę je i sprzedam”. Taka to ja handlarka.
A potem przyszła transformacja i giełda przestała istnieć.
Masz coś jeszcze z tamtych lat?
Tak, bo po mamie jestem zbieraczką. Mam na przykład śpioszki z dzieciństwa i cały worek rzeczy, do których czasami zaglądam, raz na kilka lat, ale nigdy ich nie wyrzucę. Nigdy. Mam do nich sentyment, ale czasami coś odkopuję, na przykład ostatnio sweter, który kupiłam trzydzieści lat temu. Leżał w szafie tyle lat, a teraz go znowu noszę! Mam też stary kaszmirowy sweterek, który nosiła jeszcze moja prababcia. Ten sweter ma sześćdziesiąt lat! Nosiłam go w szkole podstawowej do krótkiej czarnej spódniczki.

Pamiętam, że Dagmara też pokazywała nam rzeczy po babci, czyli po Twojej mamie, również zbieraczce. Piękny zwyczaj, że zachowujecie te rzeczy.
Bo one niosą też coś w sobie. Jestem wdzięczna, że niektóre z tych rzeczy zostały. Teraz mogę sobie na nie czasami popatrzeć.

A pamiętasz z tamtego okresu jakieś lumpeksy?
Tak, to było już pod koniec lat 90., a może na początku lat 2000. To był taki czas, że wszystko kupowałam i dla siebie, i dla dzieci w lumpeksach, bo tam było w czym wybierać.
[Katarzyna patrzy na Kasię – fotografkę.] Ten sweter jest piękny!
[Kasia] Dziękuję, też jest z lumpa. Jak go zobaczyłam, mówię: kurde, no muszę go wziąć!

Masz niezłe oko. A Ty dziergasz?
Tak, ale takiego swetra bym chyba nie zrobiła. Moja mama zawsze dziergała. Wtedy, w czasach mojego dzieciństwa było słabo z zaopatrzeniem, więc nosiłam wydziergane przez mamę swetry. Sama też podejmowałam próby.
[Katarzyna rozgląda się po pokoju.] Myślałam, że wyrzuciłam ten szal, ale okazało się, że nie, więc go wyprałam i zaraz Wam pokażę. [Pokazuje szal.] Zrobiłam go w szkole podstawowej! Pierwsze dzieło Katarzyny. Później, w liceum zrobiłam sobie opaskę z włóczki. Nosiłam ją głównie ze względu na ciepło, ale trochę też dla bajeru. I później pół Poznania chodziło w takich opaskach! A teraz dziergam czapki.

Co z nimi robisz?
Mam w tej chwili chyba z pięćdziesiąt czapek i bardzo chciałabym je sprzedać. Stale kupuję kolejne włóczki i myślę, że mogłoby się trochę z tego zwrócić, żeby było na następne. Czasem wchodzę do pokoju nauczycielskiego, rzucam kilka czapek na stół i one schodzą.
Ale muszą być różne: akrylowe, bawełniane i wełniane, bo ktoś mówi: „A ja nie mogę wełny, bo mam uczulenie”, a ktoś inny: „O, jaka super wełna!”. A akryle nie są wcale takie złe. Są miękkie i ciepłe.

Pracujesz w szkole?
Tak! To już dwunasty albo trzynasty rok! Zaczynałam jako pomoc w zerówkach. To były czasy wyżu – w szkole mieliśmy siedem zerówek i szkoła nie mieściła już tych wszystkich klas. W sąsiedniej szkole udostępniono nam kilka, żeby te dzieciaczki się pomieściły. A potem wyż się skończył. Teraz pracuję w tej samej szkole na stanowisku woźnej.

Lubisz pracę z dziećmi?
Bardzo, czasy, gdy pracowałam w zerówkach, wspominam jako najlepszy okres w życiu zawodowym. Ale był też okres, że nie pracowałam, gdy dzieci się urodziły. Potem, jak już podrosły, zaczęłam szukać, co by tu robić. Dagmara mi opowiedziała o Poznańskiej Garażówce i stwierdziłam: muszę się w to włączyć!

Kiedy to było?
Dawno, wtedy garażówka była w Pawilonie, potem na placu Wolności. To jeszcze czasy, zanim zagościłyśmy na stałe w Zamku. Przywoziłam zawsze pełno klamotów, bo wśród swoich znajomych rzucałam hasło: „Słuchajcie, zbieram klamotę na garażówkę”. I kiedyś jedna znajoma po prostu mnie zasypała rupieciami ze strychu, i to wszystko się sprzedało. A teraz głównie udzielam się w licytacjach świątecznych. Zbieram rzeczy przez cały rok, żeby potem móc je wystawiać. Wcześniej tak robiłam na aukcjach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy na Allegro. Nawet dostawałam potem listy z podziękowaniami, bo miałam tych aukcji dużo.

W tym roku też coś wystawię, na pewno czapki, rośliny. Uwielbiam Poznańską Garażówkę. Na jednej z nich poznałam się z Agą Starą. Teraz mydełka Agi są zawsze w mojej łazience.
A któregoś roku zaczęłam też zbierać szkiełka. Pierwszy pucharek kupiłam na Poznańskiej Garażówce za dziesięć złotych, nikt go nie licytował, a on był taki piękny! Od tego się zaczęło. Teraz mam już kolekcję pucharków, cukierniczek, paterek.

Dlaczego je zbierasz?
Kiedyś na jednej z licytacji kupiłam piękną paterę na owoce, nazwijmy ją owocarką, i zbiła się w transporcie. Mam ją nadal, bo jakoś nie mogę jej wyrzucić, nawet takiej zbitej.
Chcę ratować stare rzeczy, bo to są już ostatnie sztuki. Jak się zbiją, to już koniec, nie ma, już nikt ich nie robi!




